• Wnętrze kościoła
    Wnętrze kościoła

    Ołtarz główny i boczne

  • Kościół z zewnątrz
    Kościół z zewnątrz

    Widok od strony zachodniej

  • Dożynki
    Dożynki

    Dożynki parafialne

  • Boże Ciało
    Boże Ciało

    Boże Ciało

Obraz z kamery - na żywo 24h

Znajdź nas na Facebooku

Nasza Szkoła - ZSP Pawłów

Diecezjalne Radio DOXA.FM

Gość Opolski

Projekt: faceBóg

Z życia Kościoła i Diecezji

 

 

Nasza Wiara

Akcja JEDEN Z NAS

Portal WIARA.PL

Diecezjalna Fundacja Ochrony Życia




 

Weź się uśmiechnij

źródło: usmiechnijsie.deon.pl



Warto przeczytać

ks. Adam Pawlaszczyk - redaktor naczelny

Pamięć i tożsamość

Pamięć potrafi być przekleństwem, przyznasz, Czytelniku? Zwłaszcza gdy człowiek nie potrafi wybaczyć. Gdy ciągnie się za nim życiowa historia albo historia jego otoczenia, narodu, ojczyzny. Sama w sobie jednak pamięć jest błogosławieństwem – tym aspektem naszego życia, dzięki któremu przywołujemy ponownie to, co przeminęło: wrażenia, skojarzenia, informacje. Mało się dzisiaj o tym mówi, bo modne jest bycie człowiekiem młodym, bez obciążeń z przeszłości. Ale to przecież pamięć stanowi o naszej tożsamości. Jestem tym, kim ukształtowało mnie życie, inni ludzie, moja historia. Pamięć i tożsamość są ze sobą nierozerwalnie związane.

Kiedy w 1993 roku w Castel Gandolfo doszło do spotkania Jana Pawła II z ks. Józefem Tischnerem i Krzysztofem Michalskim, nikt nie przypuszczał pewnie, że owocem ich rozmów będzie ostatnia książka Ojca Świętego. Odbyli wiele rozmów, a głównym tematem była analiza dwóch systemów, które wpłynęły na kształtowanie się dziejów XX wieku – nazizmu i komunizmu. Minęło kilkanaście lat i na kilka tygodni przed śmiercią Ojca Świętego, 23 lutego 2005 roku, ukazała się „Pamięć i tożsamość”. Ostatnie dzieło Jana Pawła II. Nawiązuję do niego, wspominając wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową... ze wzruszeniem, szacunkiem, miłością. Jest bowiem w „Pamięci i tożsamości” fragment, który streszcza nie tylko pontyfikat, ale i życie tego wielkiego człowieka. Fragment nawiązujący do problematyki grzechu i odkupienia. Papież napisał między innymi, że „pierworodny” wymiar grzechu mógł znaleźć rekompensatę jedynie w krzyżu. I nazwał to „miłością Boga aż do negacji siebie”. A potem dodał słowa, które powinny były zostać wyryte na jakimś kamieniu, a nie tylko wydrukowane w książce: „Tutaj właśnie dotykamy tajemnicy odkupienia człowieka, a do tego poznania prowadzi nas Duch Święty. To On pozwala nam tak głęboko wniknąć w mysterium Crucis, a równocześnie pochylić się nad otchłanią zła, którego sprawcą i zarazem ofiarą stał się człowiek na początku swoich dziejów. Do tego właśnie odnosi się wyrażenie: »przekonać świat o grzechu«. A celem tego »przekonywania« nie jest potępienie świata. Jeżeli Kościół w mocy Ducha Świętego nazywa zło po imieniu, to tylko w tym celu, ażeby wskazywać możliwość jego przezwyciężenia. (...) Bóg w Jezusie Chrystusie pochyla się nad człowiekiem, aby podać mu dłoń, ażeby go dźwignąć za każdym razem, gdy upada, ażeby go stale podnosić i wspomagać w podejmowaniu z mocą nowej drogi”.

Powiem krótko: wspominając dzień wyboru (a czterdziesta to już rocznica) i dokonując rozmaitych podsumowań, ja nie odważę się na więcej. Bo mam świadomość, że książka, która weszła na półki księgarskie w ostatnich chwilach Jego życia, zawiera podsumowanie najlepsze. Nie tylko całego pontyfikatu, ale również całej Ewangelii. Kościół ma nazywać zło po imieniu, po to by wskazywać możliwość jego przezwyciężenia. Bóg pochyla się nad człowiekiem. Gdyby człowiek o tym zawsze pamiętał, to pewnie... nie miałby kłopotów z tożsamością. Janie Pawle II – dziękuję!

Czytaj na: www.gosc.pl

TABLICZKA SUMIENIA

Franciszek Kucharczak

Słabość detonatora

Jeśli coś nie jest dobrem człowieka, nie jest też dobrem Kościoła.

Dzień po rozpoczęciu seansów „Kleru” wicenaczelna „Wyborczej” Aleksandra Klich wyraziła na łamach przekonanie, że katolicy „zafundują Kościołowi wstrząs – jak moja koleżanka, głęboko wierząca katoliczka, która po obejrzeniu filmu uznała, że jej syn przestanie być ministrantem”.

I to ma być oczyszczający efekt tej produkcji? Jeśli po obejrzeniu filmu matka zabrania synowi służyć przy ołtarzu, to znaczy, że jej syn stał się ofiarą obsesji, której ona nabawiła się przez kontakt z kinowym ekranem. Toż przecież ta kobieta fabularną opowieść uznała za rzeczywistość sięgającą jej własnego otoczenia! Czyżby po seansie przejrzała na oczy i w księżach ze swojej parafii rozpoznała pedofilów? A może uświadomiła sobie, że wikarzy rozpijają jej syna albo ciągną go na panienki? Jeśli nie, to w imię czego osłabia jego zaangażowanie w Kościele? Jak może to rozumieć dziecko, którego matka najwyraźniej chroni je przed kapłanami w ogólności? Skoro oni wszyscy tacy podejrzani, to jak chłopak ma im ufać jako szafarzom sakramentów, jak ma się spowiadać, jak uczestniczyć we Mszy, jak przyjmować ich kazania?

Ludzi, którzy tak rozumują, strach wpuścić do kina, bo po obejrzeniu, powiedzmy, filmu o patologicznych rodzinach gotowi nie zakładać własnych albo – jeśli już je mają – rozwieść się, a dzieci prewencyjnie posłać do domu dziecka.

Widziałem „Kler”. Nieźle zagrana wizja ateisty, który zebrał wszystkie możliwe patologie w Kościele, w takim stężeniu dostępne chyba tylko w piekle. Generalnie jednak nic nadzwyczajnego i jeśli taki szum towarzyszy temu filmowi, to tylko dlatego, że został z góry obsadzony w roli detonatora, który spowoduje wielkie bum i wreszcie pośle księży na księżyc.

Nic z tego nie będzie. To oczywiście prawda, że największymi wrogami Kościoła są sami ludzie Kościoła, którzy zdradzają swoją misję, rozmaici duchowni cynicy, nadęte paniska, gorszyciele i krzywdziciele braci najmniejszych Jezusa. Jednak średnio rozgarnięty katolik rozumie chyba tę banalną zasadę, że padające drzewo robi więcej hałasu niż las, który stoi. Jeśli niektórzy nie są wierni Bogu, to nie jest powód, żeby wszyscy Mu niewierność okazali. Tymczasem taka jest właśnie retoryka „naprawców”, którym spieszno potańczyć na pogrzebie Kościoła: katoliku, opuść to gniazdo zła, odejdź, odejdź, odejdź!

Dokąd? Tego nie mówią. Oni tylko robią jazgot, który ma zagłuszyć zdrowy rozsądek. Nabuzowany emocjami masz odejść i zapiec się w złości, winiąc wszystkich za grzechy niektórych i w imię tego odmrażając uszy swej duszy. Bo to o ciebie chodzi. Żebyś został sam i abyś błądząc po bezdrożach, oderwał się od Chrystusa. I wtedy także ty staniesz się ofiarą, może nawet większą od tych, których skrzywdzili przestępcy w sutannach.

Takie marzenie

Panie z Aborcyjnego Zespołu Marzeń zorganizowały w Warszawie „Marsz Bezpiecznej Aborcji”. Manifestacja była liczbowo skromna – i tylko liczbowo. Niektórych niesionych haseł nie wypada nawet cytować, ale niech będzie parę przyzwoitszych (co nie znaczy, że sensownych): „Cześć i chwała aborterom”, „Prawo do aborcji prawem człowieka”, „Aborcja znaczy życie”. Feministki postulowały dostęp do aborcji „niezależnie od powodu, który towarzyszy osobie w podjęciu decyzji o niekontynuowaniu ciąży”. Fajnie brzmi to „niekontynuowanie ciąży”. Można to rozwinąć: zabicie niemowlęcia można by nazwać niekontynuowaniem karmienia, zabicie trzylatka niekontynuowaniem wychowania – i tak dalej. Niekontynuacja – takie marzenie zespołu marzeń. Prawda, że miło?

Autorytet niemoralny

Muzyk Maciej Maleńczuk pochwalił się w „Wyborczej”, że zadarł z proboszczem. „Powiedziałem mu parę słów na temat jego rozwiązłego trybu życia. Ja oczywiście też prowadzę rozwiązły tryb życia, no ale ja nikomu nie mówię, jak ma żyć, i nie uważam się za autorytet moralny”. Cóż, pan Maleńczuk chyba jednak mówi komuś, jak ma żyć, skoro powiedział to proboszczowi. Zresztą nie tylko mówi. Ma w sądzie sprawę o pobicie uczestnika pikiety antyaborcyjnej. Ciekawa taktyka: Jedź jak walec, bez oglądania się na zasady, w razie czego powiesz: „Nie jestem autorytetem moralnym”.

Czytaj na: www.gosc.pl

O. Dariusz Kowalczyk SJ

Dobry „Kler”

Film „Kler” nie pomoże w jakimkolwiek oczyszczeniu. Za to pomoże wtłaczać do głów skojarzenia: ksiądz – złodziej, rozpustnik, pedofil.

Było oczywiste, że znajdą się duchowni, którzy oświadczą, iż „Kler” może nie jest arcydziełem, ale to dobry film, bardzo potrzebny w tym momencie, że cieszą się…, że powinien go zobaczyć każdy ksiądz, że zawiera w sobie głęboki wymiar chrześcijański, a nawet budzi nadzieję, itd., itp. Pamiętam, że także po spektaklu „Klątwa”, podczas którego aktorka odbywała długi seks oralny z figurą Jana Pawła II, znaleźli się duchowni, którzy popisywali się duchem tolerancji i odkrywaniem ukrytych znaczeń prymitywnej prowokacji. Także Nergal, który podczas występu darł Pismo Święte i rzucał podarte kartki w tłum, krzycząc: „Żryjcie to g…”, spotkał się, choć – jak rozumiem – nie za ten wyczyn, z publicznymi pochwałami i poklepywaniem po plecach ze strony duchownego. Niektórzy tłumaczą tego rodzaju postawę chęcią naśladowania Chrystusa, który nikogo nie odrzucał i szedł do grzeszników. Tyle że Mistrz z Nazaretu nazywał grzech grzechem, a grzeszników wzywał do nawrócenia. Kiedy zaś miał przed sobą zatwardziałych obłudników, to potrafił powiedzieć, że „diabła mają za ojca”. Być może niektórzy duchowni, podobnie jak pan Zanussi, który poparł finansowanie filmu z budżetu, uważają, że „Kler” pomoże Kościołowi się oczyścić, wstrząsając sumieniami upadłych duchownych. No cóż! Nie słyszałem, aby ktoś robił film o gangsterach z nadzieją, że gangsterzy go zobaczą i porzucą swój gangsterski fach. Film Smarzowskiego nie pomoże w jakimkolwiek oczyszczeniu. Za to pomoże wtłaczać do co słabszych głów skojarzenia: ksiądz – złodziej, rozpustnik, pedofil. Sądzę, że bywa i tak, iż jeśli jakiś duchowny wszedł w buty księdza „otwartego” wedle miary mediów lewicowo-liberalnych i zasmakował w pochwałach ze strony tego środowiska, to musi wciąż potwierdzać tę pozycję. A to wymaga m.in. chwalenia, a przynajmniej dostrzegania pozytywnych stron różnych przedsięwzięć, nawet jeśli z daleka brzydko pachną antykatolicką obsesją i szukaniem kozła ofiarnego. Film „Kler” odniósł duży sukces frekwencyjny. Spektakl „Klątwa” też cieszył się powodzeniem i nie brakowało owacji na stojąco. Smutne, ale nie jestem tym zaskoczony. Przecież tygodnik „Nie” Urbana w latach 90., kilka lat po tzw. upadku komuny, kiedy żył jeszcze Jan Paweł II, osiągnął nakład ponad 700 tysięcy egzemplarzy. Dziś Urban wyraża zadowolenie z faktu, że sukces „Kleru” to po części także jego zasługa. Szkoda, że do tego „cmokania” nad „Klerem” dołączyli się niektórzy księża.

Czytaj na: www.gosc.pl

Agata Puścikowska

Rubaszni żartownisie

Ilu polityków zupełnie zatraciło poczucie przyzwoitości, nie mówiąc już o zwyczajnej kulturze?

Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał występów prezydenta Legionowa na konwencji wyborczej, może obejrzeć. Na własną odpowiedzialność jednak. Bo zaznaczam – trudno przez ten bełkot i „dowcipy” z rynsztoka, godzące w godność kobiet, przebrnąć w spokoju. Z drugiej strony jednak warto w celach poznawczych obejrzeć filmik (można znaleźć w sieci): to krótki przewodnik po tym, jak władza – niezależnie od opcji politycznej – potrafi uderzyć do głowy. I jak owa władza czasem znieczula postronnych i obserwatorów na działania haniebne, żeby nie powiedzieć po prostu wstrętne.

Bo oto sytuacja, w nieco krzywym zwierciadle, wygląda następująco: lokalny książę wychodzi na mównicę, by w rubaszny sposób przedstawić swoich podwładnych. Podwładni są ośmieszani, żałośnie pokazywani palcami. Tymczasem tłumek wiernych gapiów bije brawo, dobrze się bawi. Nie ma nikogo, absolutnie nikogo, żadnego sprawiedliwego (czy raczej rozsądnego), który by krzyknął: „milcz waść, wstydu oszczędź”. Nie ma nikogo, kto by ze sceny zszedł... niepokonany.

Dlaczego? Jeśli mówimy o przemocy (a zachowanie prezydenta było formą przemocy), to warto zadać kilka pytań: co powoduje, że część dorosłych i (chyba) świadomych ludzi pozwala sobie na jej stosowanie? Co powoduje, że ewidentne ofiary tymi ofiarami się (chyba) nie czują? Zachowują się tak, jakby akceptowały złe traktowanie, z uśmiechami na ustach przyklaskują chamstwu i „rubaszności” (czyt. prostackim żarcikom z podtekstem seksualnym). A nawet publicznie bronią swojego prezydenta. Czy naprawdę względne korzyści majątkowe, czy też związane z karierą, mogą prowadzić do swoistej znieczulicy na podobne traktowanie? I czy fakt, że nikt postronny nie reagował (do momentu, gdy film zobaczyli internauci i bomba wybuchła), nie powiedział „stop”, świadczy o społecznej znieczulicy, czy też raczej znieczulicy środowiskowej, związanej z konkretnym miejscem, czasem i ludźmi?

Zastanawiać się też można, ilu podobnych „żartownisiów”, „rubasznych” panów, jest w polskich samorządach. I to niezależnie od opcji politycznej. Ilu lokalnych książątek traktuje swoich podwładnych jak... podwładnych? Ilu polityków zupełnie zatraciło poczucie przyzwoitości, nie mówiąc już o zwyczajnej kulturze? Dużo tych pytań. Część bez odpowiedzi. Jedno jest pewne: przykład z Legionowa powinien dać do myślenia nam wszystkim. Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy i na kogo głosujemy. Bo układy, układziki i układziątka prędzej czy później prowadzą do patologii. Zbliżające się wybory samorządowe to idealny czas na rozliczenia.

Czytaj na: www.gosc.pl

Patron ministrantów

Kancelaria

Kancelaria parafialna
czynna:
codziennie pół godziny po Mszy św.
(oprócz sobót, niedziel i świąt).

Modlitwa w drodze

Dobre media

Telewizja LUMEN

Razem TV

Translate - multilanguage

Pismo święte w mp3

Konferencja Episkopatu Polski

Orange Colour Red Colour Blue Colour Green Colour