• Wnętrze kościoła
    Wnętrze kościoła

    Ołtarz główny i boczne

  • Kościół z zewnątrz
    Kościół z zewnątrz

    Widok od strony zachodniej

  • Dożynki
    Dożynki

    Dożynki parafialne

  • Boże Ciało
    Boże Ciało

    Boże Ciało

Obraz z kamery - na żywo 24h

Znajdź nas na Facebooku

Nasza Szkoła - ZSP Pawłów

Diecezjalne Radio DOXA.FM

Gość Opolski

Projekt: faceBóg

Z życia Kościoła i Diecezji

 

 

Nasza Wiara

Akcja JEDEN Z NAS

Portal WIARA.PL

Diecezjalna Fundacja Ochrony Życia




 

Weź się uśmiechnij

źródło: usmiechnijsie.deon.pl



Warto przeczytać

ks. Adam Pawlaszczyk - redaktor naczelny

Między bielą a czernią...

Między czernią a bielą zawiera się tyle treści, że portret św. ojca Pio w tym wydaniu ma być swego rodzaju napomnieniem.

Jest cała skala szarości. Jak w życiu. Choć czasem wydaje nam się, że tylko w życiu zwykłych śmiertelników, a nie w życiu ludzi świętych, otoczonych nimbem tajemniczości. Że oni to tylko czerń i biel. „Tak, tak”, „nie, nie”. Może jeszcze jakiś element krwistej czerwieni by uszedł, bo wielu z nich było przecież męczennikami, ale szarość...?

Najprawdopodobniej gdybym podszedł rozdygotany do konfesjonału ojca Pio i usłyszał, że – delikatnie mówiąc – mam sobie iść, zamiast: „i ja odpuszczam tobie grzechy”, zrobiłoby mi się przykro, poczułbym się odrzucony i nie uwierzyłbym w świętość spowiednika. A tu proszę... Spotkanie ze stygmatykiem było pełne napięć – jak wspomina o. Piotr Jordan Śliwiński w rozmowie z Marcinem Jakimowiczem. To pokrzepiające – przeczytać, że świętego stygmatyka ponosiły nerwy (jego też?! – dzięki Ci, Panie Boże!), a na dodatek pouczające, bo ponoć natychmiast po wybuchu bardzo długo pokutował (to już boli). Podsumowując: kochany Czytelniku, dajemy Ci na Wielki Post przewodnika niezwykłego i na pewno skutecznego.

Skala szarości między bielą a czernią to całkiem pokaźna przestrzeń, którą warto mieć na uwadze przy ocenianiu decyzji podejmowanych zarówno przez polityków, jak i prawodawców. Bynajmniej nie o brak kręgosłupa chodzi – raczej o postawę dialogu i otwarcia oraz zdrowego rozsądku. O złotym chińskim środku Watykanu i niewylewaniu dziecka z kąpielą przeczytają Państwo w artykule Jacka Dziedziny, natomiast o skutecznej polityce historycznej, którą „robi się” nie przez paragrafy, ale edukację, pisze Andrzej Grajewski. Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, w rozmowie z Bogumiłem Łozińskim, zatytułowanej „Jesteśmy podobni”, wyraża swój optymizm w kwestii pojednania między narodami: polskim i żydowskim. Wracając zaś do zdenerwowanego i pokutującego stygmatyka z San Giovanni Rotondo: gdybyśmy pokutowali po każdej eskalacji emocji do poziomu niebotycznie i nierozsądnie wysokiego w polskiej przestrzeni publicznej, w czynieniu pokuty wyprzedzalibyśmy wiele innych narodów.

Szarość życia i zmęczenie zamykają nam czasem oczy na to, co piękne, a tak bardzo zwyczajne. Fenomen rodziny Oczkowskich, w której miłość wielokrotnie musiała przezwyciężać niepewność, a słowa „mamy siebie” stały się gwarantem przetrwania, jest jednym z najmocniejszych dowodów na to, że w życiu nie chodzi o idealne warunki, ale o właściwe wybory. Odwiedziła ich (zazdroszczę!) i napisała o tej wizycie Agata Puścikowska. To mocny akcent w świecie, który zastanawia się nad wartością życia człowieka chorego, w tym chorego jeszcze przed narodzinami.

Między czernią a bielą zawiera się tyle treści, że portret św. ojca Pio w tym wydaniu ma być swego rodzaju napomnieniem. Bo w wielkopostnym nawróceniu nie chodzi przecież o brak grzechu, pozbycie się go całkowicie. Raczej o podjęcie walki, wysiłku, zmagania. A to zrobić można jedynie na serio. Na całego.

Czytaj na: www.gosc.pl

 

TABLICZKA SUMIENIA

Franciszek Kucharczak

Anielski wielbłąd

Jeśli człowiek jest dobry, to tylko dlatego, że Bóg jest dobry.

Co tu zrobić w kwestii konfliktu wokół „sprawy żydowskiej”? Jak zachować się, gdy ktoś mówi, że jesteśmy narodem wielbłądów? Ano, różnie ludzie kombinują. Niektórzy mówią: owszem, jesteśmy wielbłądami, ale jednogarbnymi. Takim kursem poszedł poseł PO Marcin Święcicki, który w Polsat News był uprzejmy stwierdzić: „Mordowaliśmy, tylko nie zakładaliśmy obozów śmierci”.

My? Nie podejrzewałem pana posła o takie rzeczy, doceniam jednak, że obozów śmierci nie zakładał. A o kim on jeszcze mówił? Pewnie wie coś o tym Włodzimierz Cimoszewicz, który w „Rzeczpospolitej” na pytanie, czy Polacy brali udział w Holokauście, odpowiedział ochoczo: „Oczywiście, że brali”.

Mocna teza. Wypadałoby poprzeć ją mocnymi argumentami. Bo „udział w Holokauście” to chyba coś więcej niż zbrodnie popełniane przez niektórych przedstawicieli podbitego narodu w sytuacji stworzonej przez skrajnie brutalnego najeźdźcę. Takie sformułowanie oznaczałoby, że Polacy jako naród dobrowolnie włączali się w zbrodnię systemową, zorganizowaną przez polskie władze i konsekwentnie realizowaną. Było jednak dokładnie odwrotnie – działające w podziemiu państwo polskie stało po stronie Żydów.

Skrajność rodzi jednak drugą skrajność. W reakcji na teorię Polaków-wielbłądów jednogarbnych pojawiła się teoria Polaków-aniołków. Wedle tej koncepcji Polacy w czasie wojny niczym nie zawinili, bo my już tacy jesteśmy, że wszystkich kochamy.

No nie, nie jesteśmy nieskazitelni. Jeśli jacyś Polacy kiedykolwiek mieli u ramion skrzydła, to husarskie, nie anielskie. W sumie też nieźle, ale nawet husarz nie anioł, więc tym bardziej nie Polak zwykły. A zwykły Polak, podobnie jak każdy inny człowiek, jest dobry, dopóki jest dobrze. Dziś każdy bez problemu przechowałby Żyda, zwłaszcza gdyby zapłacił za nocleg ze śniadaniem. Jednak gdy za oknami dudnił ciężki krok żandarmów i słychać było salwy plutonów egzekucyjnych, inną cenę miała miłość bliźniego i inną wagę miało męstwo.

Wtedy wychodziły z ludzi rzeczy, o jakich sami nie mieli pojęcia. Jedni okazywali się bohaterami, z innych wypełzali donosiciele, szmalcownicy i bandyci – a nieraz się to mieszało. Niejeden musiał się wtedy zdziwić, a i przeżyć ciężki szok, że nie jest taki, za jakiego miał się w czasach, gdy przyzwoitość nie kosztowała wiele.

Nawet apostołów podobne doświadczenie nie minęło. W noc przed męką jeden okazał się przekupnym zdrajcą, drugi zaprzańcem, a prawie wszyscy tchórzami. I to ludzie ze szkoły samego Zbawiciela! Jasne się wtedy stało, że ratunkiem dla ludzi jest nie przewaga ich dobrych uczynków nad złymi, tylko miłosierdzie Boże.

I to jest aktualne także w sporze o udział kogokolwiek w Holokauście.

Jest nadzieja

Kolejny kraj organizuje modlitwę różańcową na swoich granicach, zainspirowany polskim Różańcem do Granic. Chodzi o Wielką Brytanię. Jak informuje Radio Watykańskie, modlitwa na granicach odbędzie się tam 29 kwietnia, a jej intencją ma być przezwyciężenie zagrożeń dla wiary i ludzkiej godności. Ma to związek z przypadającą wtedy niechlubną 50. rocznicą wprowadzenia ustawy aborcyjnej. Akcja zostanie poprzedzona odpowiednim duchowym przygotowaniem. Biskup John Keenan z diecezji Paisley ma nadzieję, że wydarzenie to rozpocznie proces nawrócenia i pojednania na Wyspach Brytyjskich.

Holenderskie leczenie

Pewna 29-letnia Holenderka miała depresję i silne stany lękowe, podejmowała też próby samobójcze. Już nie choruje, co nie znaczy, że wyzdrowiała. W Holandii mają na choroby inny sposób: pod koniec stycznia dokonano na kobiecie eutanazji. Jak donoszą media, zdarzenie to wywołało w Europie dyskusję na temat eutanazji pacjentów leczonych psychiatrycznie. Podobną dyskusję wywołała dokonana nieco wcześniej eutanazja 41-letniego alkoholika, który poprosił o nią, bo nie widział dla siebie nadziei. Na Zachodzie to już chyba taka eutanazistowska procedura: najpierw wykonuje się kolejny szokujący krok, potem się o nim „dyskutuje”, a następnie znów krok – i znów dyskusja. I tak dalej. Prawdopodobnie za kilka lat będzie tam można w majestacie prawa zabić każdego.

Czytaj na: www.gosc.pl

 

O. Dariusz Kowalczyk SJ

Homoseksualne podchody w Kościele?

Wszyscy wierni, a szczególnie politycy katoliccy, „mają obowiązek przeciwstawienia się zalegalizowaniu prawnemu związków homoseksualnych”.

W różnych mediach na świecie pojawiła się informacja, że według kard. Marxa związki homoseksualne mogłyby otrzymywać jakieś błogosławieństwo Kościoła. Dokładne zapoznanie się z wypowiedzią niemieckiego kardynała pokazuje, iż próbował ważyć słowa i sam nie użył słowa „błogosławieństwo”. Tym niemniej pozostaje faktem, że na pytanie dziennikarza, czy kardynał widzi drogę do błogosławienia związków homoseksualnych, ten nie zaprzeczył, ale stwierdził, że w kwestii duszpasterstwa osób homoseksualnych nie ma jednoznacznych zasad i że pracownicy duszpasterscy powinni rozważać każdy przypadek indywidualnie. Tego rodzaju retoryka jest w praktyce otwarciem na postulat błogosławienia homoseksualnych związków. Być może jest też pewnym sondowaniem, jak daleko można się posunąć. W Kościele niemieckim ukłonów wobec ideologii gejowskiej nie brakuje. Apostoł Narodów spogląda na to wszystko z nieba ze smutkiem, o ile w niebie można się smucić. Wszak w Liście do Rzymian pisał z ubolewaniem: „Mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie” (1,27). Ale dziś mamy „teologię homoseksualną” (niestety, istnieje coś takiego), która „wytłumaczy” na przykład, że w zacytowanym fragmencie chodzi o seks perwersyjny, a nie o pełne miłości, odpowiedzialne relacje homoseksualne. W roku 2003 wyszedł dokument Kongregacji Nauki Wiary: „Uwagi dotyczące projektów legalizacji prawnej związków między osobami homoseksualnymi”. Czytamy w nim, że wszyscy wierni, a szczególni politycy katoliccy, „mają obowiązek przeciwstawienia się zalegalizowaniu prawnemu związków homoseksualnych”. Ale dziś mamy katolików, w tym duchownych, którzy publicznie nie tylko popierają tzw. małżeństwa homoseksualne, ale jeszcze chcą je w Kościele błogosławić. I tak herezja homoseksualna psuje Kościół. Ale psuje także kulturę, teatr, kino, literaturę. Temat będzie powracał. Tacy ludzie jak ks. James Martin właśnie rozwijają skrzydła. Dla tego amerykańskiego jezuity homoseksualizm to „szczególny dar”.

Czytaj na: www.gosc.pl

 

Agata Puścikowska

Studniówkowe przemijanie

Za trzy lata po raz drugi przeżyję sto dni do dorosłości. Tylko już inaczej.

Wśród bliskich znajomych i wśród ich dzieci zaczął się sezon studniówkowy. I nie chodzi tu o jednorazową zabawę na sto dni przed maturą, ale raczej o sprawy nieco poważniejsze: o wchodzenie w dorosłość. Za tydzień, za sto dni, za chwilę. I budzi to w dorosłych wspomnienia. Budzi pytania. Budzi w końcu nutkę melancholii połączoną z odrobiną nostalgii i żalu. Bo oto wczoraj była moja, nasza studniówka. Dziś będzie ich. Młodości.

Takie uczucia (normalne wszak, prawdziwe i trudno z nimi walczyć) pojawiają się szczególnie wtedy, gdy jeszcze wczoraj widzieliśmy malucha w piaskownicy. Jeszcze przedwczoraj przynosiło się prezent do szpitala, dla noworodka. Jeszcze dwa dni temu dzieciak kończył podstawówkę. A dziś… Piękna młoda dama w balowej sukni. Elegancki młody mężczyzna, na którym dobrze skrojony garnitur leży jak na modelu. I idą w świat. Sto dni jeszcze i pójdą w świat te dzieciaki, którym się chwilkę temu lizaki kupowało.

W takim studniówkowym czasie to się i własne sto dni do wielkiego startu w dorosłość wspomina. Plany, nerwy, naukę, przyjaciół. I pierwsze miłości. Takie już poważniejsze. Wydaje się, oczywiście, jakby to było wczoraj. No, może miesiąc temu. I tylko siwy włos, bezczelnie niedający się pokryć farbą, złośliwie daje znać o sobie. Oraz o upływającym czasie. Zgrzyt tykającego zegara z subiektywnymi odczuciami.

Nie, nie wpadam tu w tony starej matrony, która cierpi, bo młodość mija, a młodsi zdobywają świat. Niech zdobywają! Niech tworzą i niosą nadzieję. Jednak chwila refleksji nad przemijaniem jest nieunikniona.

Za trzy lata zresztą sama będę matką studniówkowiczki. Za trzy lata, które (teraz to już wiadomo) miną szybciej niż wcześniejsze szesnaście. Za trzy lata po raz drugi przeżyję sto dni do dorosłości. Tylko już inaczej. Z innej strony. Przyglądając się, ale przecież fizycznie nie uczestnicząc. Będąc obok, a mimo to bardzo w środku…

I tak minie kolejnych dwadzieścia lat.

Bo najbardziej zdumiewające jest to, że jutro, pojutrze, najdalej za kilka chwil moja córka pomyśli i odczuje: „To już? Już dwadzieścia lat minęło?”. I kupi sukienkę studniówkową swojej córce. A do sukienki w pakiecie zostanie dołączona szczypta melancholii, radości, ale i odrobinka ludzkiego żalu. Za bezpowrotnym. I ludzkim. Studniówkowe przemijanie.

Czytaj na: www.gosc.pl

Patron ministrantów

Kancelaria

Kancelaria parafialna
czynna:
codziennie pół godziny po Mszy św.
(oprócz sobót, niedziel i świąt).

Modlitwa w drodze

Dobre media

Telewizja LUMEN

Razem TV

Translate - multilanguage

Pismo święte w mp3

Konferencja Episkopatu Polski

Orange Colour Red Colour Blue Colour Green Colour